Tej nocy oka nie zmróżyłem, tylko przy tobie dróżbiłem. Spacery uprawiałem po zachmurzonym niebie, stąpając cichutko, abyś spała dla siebie. Latarnik księżyc przebijał się przez ciężkie chmury, świat wydawał się szarobury. Wiatr gdzieś powiał, nie zostawiając śladu na żadnym drzewie. Iść mi trzeba było do ciebie kochana, może bym doszedł do rana. A tak, ja sam i ty sama. Widzisz, jak myśli się nam splatają, jak się unoszą, o bliskość proszą. W dłoniach trzymamy trwogę i błogość, jak talizmany. Twój los i mój - kanwą i osnową jest tkany. Słyszysz, jak dzieciarnia drze się wniebogłosy, aż na głowie jeżą się włosy. Wstanę pierwszy, kawę uwarzę i popatrzę na ciebie kochana. Kto wie, ileż nam poranków pozostało razem witanych po nocach nie przespanych, chociaż razem przeleżanych. Masz ciepłe dłonie, moje chłodne niech ogrzeję na twym łonie. Już mi lepiej, już bierze mnie drzemka. Chociaż gdzieś w głowie majaczy nadal chętka.
Sł. T. Mączyński

