"Spowite mgłą portowe nabrzeże oddala się z każdą chwilą. Cumy już zwinięte, kotwica zabezpieczona. Odpływamy w nieznane. Z tęsknotą spoglądamy jeszcze na nabrzeże, jakbyśmy żegnali się na zawsze - wzdychamy sami do siebie. Życie. Uciekające dni pozostawiają w nas spienione mętne wody oceanu, który im dalej od brzegu poczęcia - tym groźniejszy i mniej w nim uroku. Targani wichrami namiętności, powiewów świeżości - czepiamy się każdego szotu, który pozwala nam nabrać nadziei, wiatru powiewu - że popłyniemy dalej, szybciej - w końcu znajdziemy port, który nas przygarnie. Im więcej nadziei, tym więcej chmur nad nami i błyskawic przeszywających blaskiem ciemności zwątpienia. Okręt nasz, który zdawał się taki solidny - zaczyna trzeszczeć i nabiera wody. Mijamy widziane na horyzoncie lądy, które zdawały się być idealne - ale, takie odległe, że zrezygnowaliśmy z dopłynięcia do nich. Płynąc uczymy się żeglować i zapominamy, że ocean nie musi się skończyć. Więc, nabrawszy wody i straciwszy żagle - toniemy tracąc z każdym dniem załogę, tych którzy zabrali się z nami, tych którzy zaufali nam i którym my zaufaliśmy. Nie przybywa - ale ubywa nadziei. Noc przynosi wichury i burze - zlani potem budzimy się - aby, zatrzymać sen otulony mgłą, która unosząc się wróży tylko burzę. Nie ma już powrotu - okręt nabrał zbyt wiele wody a żagle spłowiały, liny sparciały - pozostała tylko tratwa - jedyny ratunek. Zmieniamy zdawałoby się bezpieczny i mocny okręt na maleńką nadziei tratwę. Wiosłując, a nie żeglując staramy się pokonać to, czego pokonać nie zdołał nasz okręt. Ale, ocean nie skory - by, pochłonąć nas na tej tratwie, która nie przypomina już okrętu - ani, nie ma siły przebijać się przez sztormy i tkwić w upale na słońcu, gdy tyle wód oceanu otacza nas groźnie szumiąc i wołając w głębiny. W oddali widać ląd - to, nasza ostatnia nadzieja.